Konkurs literacki – powspominajmy razem

Poetycka twórczość dorosłych  Laureatów II ogólnopolskiego konkursu literackiego Śladami przodków tylko u nas w pełnym wymiarze nagrodzonej twórczości. Już wcześniej, w grudniu 2018 r.  zaprezentowaliśmy pierwsze efekty konkursu i Laureatów  konkursu literackiego, zorganizowanego przez Stowarzyszenie „Zakorzenieni w kulturze” oraz Bibliotekę Publiczną Gminy i Miasta im. Juliana Przybosia w Strzyżowie, pod patronatem ks. dr Jana Wolaka proboszcza Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP i Bożego Ciała w Strzyżowie, w którym przyznano 4 nagrody i 4 wyróżnienia.

W skład jury weszli ks. dr Jan Wolak, Urszula Rędziniak, Zofia Krupska, Urszula Wojnarowska-Curyło, Danuta Haligowska-Gazda. Jury po owocnych obradach przyznało dyplomy i nagrody, w tym nagrody ufundowane przez patrona konkursu ks. Dr Jana Wolaka.

 

Gala rozdania nagród odbyła się w dniu 7 grudnia 2018 r. w strzyżowskiej bibliotece. Udział w niej wzięli laureaci konkursu oraz zaproszeni goście. Dziękujemy Bibliotece za gościnę, za serdeczne przyjęcie i słodki poczęstunek.

 

Cieszy nas różnorodność słowa, ilość uczestników biorących udział w konkursie i ich zainteresowanie, a do tego nie tylko wśród naszych mieszkańców. Obecnie przedstawiamy Wam wszystkich nagrodzonych Laureatów i ich twórczość, tak aby można było delektować się słowem pisanym. A może ktoś  zainspiruje się słowem i sam niebawem zgłosi akces udziału w kolejnym, III strzyżowskim konkursie literackim.

A teraz zapraszamy Was na spotkanie –  sam na sam z twórczością nagrodzonych i wyróżnionych Autorów!

 

Urszula Rędziniak

Fot. Andrzej Haligowski

 

Katarzyna Soja z Kawęczyna (Etiam)

Nagroda za prozę: Medyk

Medyk

Medyk

Michał Chojnacki wstąpił do dywizji pana Filipa Radzimińskiego na wiosnę roku pańskiego 1769. Wcześniej nie pozwolono mu na zaciąg, ponieważ, po pierwsze, Michał przekroczył pięćdziesiątkę, po drugie, był ojcem ośmiorga dzieci, po trzecie wreszcie, nigdy nie zajmował się wojaczką. W końcu adiutanci regimentarza zgodzili się, by ochotnik przystał do wykrwawionego przez Moskwę towarzystwa. Kwiat szlachty pokłuto kozackimi lancami w bitwie pod Radymnem, Jaśliskami i Iwoniczem. Z braków kadrowych w szeregi konfederatów zaczęto brać i starych.

Michał był człowiekiem głęboko religijnym, mocno przywiązanym do tradycji przodków. Cała jego liczna rodzina żyła codziennym, cotygodniowym i rocznym rytmem liturgii. Poranne i wieczorne modlitwy wypełniały modrzewiowy dworek Michała. W domu zgodnie poszczono i z szacunkiem obchodzono wszelkie święta kościelne. To właśnie
w świątyni mężczyzna dowiedział się o synach dobrze życzących Ojczyźnie, broniących wiary, swobód i wolności.

Przystępując do konfederatów, Michał nie chciał naruszać Bożego przykazania – nie zabijaj. Adiutanci, poznawszy jego głęboką wiarę, uczynili go medykiem.

¾ Dziecko żyje przy matce, żołnierz przy śmierci ¾ rzekł na odchodnym oficer, kierując Michała do oddziału doktora Kurytowskiego.

Na początku lata dywizja pana regimentarza Radzimińskiego wyruszyła pod Lwów, by połączyć swe siły z księciem Jerzym Marcinem Lubomirskim. Wojsku nakazano iść czwórkami, by gotować się na atak Moskala. W awangardzie puszczono huzarów województwa krakowskiego – ludzi pewnych i bitnych, meldujących komendzie
o najmniejszym ruchu wroga i czyniących podsłuchy wśród chłopstwa. Za nimi szła zbrojna w gwintowane fuzje partia pana Parysa, dalej artyleria przykryta doborową piechotą. Następnie, w równym szyku, jechała chorągiew pułkownika Kłodzianowskiego, wolontariusze, medycy oraz inni należący do komendy. Na końcu, we dwa rzędy, ciągnęły tabory z magazynem dla wojska.

Dywizja, nieatakowana i z dobrym szczęściem, zatrzymała się na dwa dni pod Samborem. Zabroniono czynić szkody mieszczanom i okolicznym chłopom, od których zażądano wydania armat i żywności dla wojska. Michał wraz z doktorem Kurytowskim obchodzili żołnierskie obozowisko. Konfederaci odpoczywali przy ogniskach, jedli, pili, pisali listy. Wkrótce któryś z nich, rozczłonkowany przez kartacze, zamieni się w rozrzucone mięso, zebrane przez towarzyszy do płaszcza i pogrzebane w zbiorowym grobie. Innemu kula urwie nogę, jeszcze innemu głowę, a następny, z ochrypłym krzykiem, z krwawą dziurą
w boku, będzie konał na spalonej słońcem ziemi. Wszystkie te okropności, w języku pułkowych kronikarzy, zwać się będą stratami.

Wietrząc najgorsze, doktor Kurytowski planował przygotowanie opatrunków, namiotów chirurgicznych i transportu do ewakuacji rannych. Jego ponure wizje miały wypełnić się już tego lata.

Spod Sambora oddziały regimentarskie obrały kurs na Lwów, gdzie kilka dni wcześniej stanął obozem JW. książę Lubomirski. Połączone oddziały starły się z moskiewską piechotą i dońcami w futrzanych papachach. Bitwa była żywym piekłem. Ziemia trzęsła się od wystrzałów dział i szarży kawalerii. Kruche ludzkie ciała próbowały przetrwać wrzucone w diabelski kocioł stali i lawiny ognia. Nawet słońce schowało się w tumanach kurzu i dymu, jakby nie mogło patrzeć na potworną rzeź, którą dokonywano na ziemi stworzonej ręką Boga.

Odziały konfederatów musiały ustąpić pola liczniejszemu przeciwnikowi. Siłę ludzi zgoniono z pola, wielu godnych żołnierzy naginęło. Wierne przysiędze pułki cofały się
w stronę Rzeszowa, pozostawiając w przydrożnych grobach martwych od ran towarzyszy. Jakoż początkiem sierpnia dywizja Radzimińskiego dotarła pod rzeszowski zamek, by zza jego murów bronić się przed ciągnącym tu wrogiem. Michał opatrywał rannych i modlił się za konających. Wszyscy wyczekiwali na najgorsze.

Uderzenie nadeszło 13 sierpnia. Przednie straże księcia Lubomirskiego ugięły się pod naporem Moskali i przywarły do miasta. Na błoniach kilku maruderów grzebało zwłoki poległych, tu i tam słychać było krzyki umierających. Medycy niestrudzenie pochylali się nad kolejnymi ciałami. Michał zapuścił się aż na skraj Wisłoka w poszukiwaniu towarzyszy.
W jednym z wykrotów spostrzegł dwóch żołnierzy z chorągwi Kłodzianowskiego. Szybko ustalił, któremu można jeszcze pomóc. Pospiesznie zatrzymał krwawienie i zabandażował ranę. Nagle opatrywany wykrzyknął:

– Moskale nadchodzą!

Przez most przeprawiała się właśnie grupa kozaków. Spod baranich czap jaśniały ich szerokie, płaskie policzki. Michał podniósł sztucer rannego żołnierza i wystrzelił. Jeden
z dońców wyrzucił ręce w górę i osunął się na ziemię. Reszta Moskali natychmiast zawróciła konie i rozproszyła się na drugim brzegu rzeki.

– Panie, wybacz mi – wyszeptał Michał, przyciskając zimną kolbę do ramienia.

Zaraz potem, nie zważając na niebezpieczeństwo, uklęknął i zaczął się modlić – za siebie i za zabitego, za żywych i za zmarłych, za Polaków i za Moskali.

– Litujesz się nad wrogiem? – zapytał żołnierz, którego Michał niedawno opatrzył.

– To już nie jest wróg, tylko zabity człowiek. Stworzenie Boże.

– Żołnierz musi nienawidzić wroga.

– Nad nami też unosi się śmierć. Dziś żyjemy, jutro obaj możemy zginąć.

Michał podniósł rannego z wykrotu i zaprowadził do zamku. Wielce utrudzony, zasnął na zakrwawionych bandażach. We śnie przyszedł do niego brodaty starzec odziany w szarą, długą szatę. Zjawa bezszelestnie przeszła przez pozycje Moskali i zatrzymała się przed Michałem:

– Sługo Boży, przyjdź do mnie jutro, a opowiem ci, jak ocalić duszę i życie.

– Jak mogę się z tobą spotkać, skoro idziesz od Moskali?

– Nie bój się, synu, przyjdź.

Michał, śniąc jeszcze, poczynił trzykrotny znak krzyża, ale starzec nie zniknął. „Boski wysłannik” – pomyślał zaskoczony.

Następnego dnia rano mężczyzna udał się w stronę Powietnej, skąd przybyła zjawa. Okoliczni chłopi wyszli z chałup, żeby zobaczyć niezwykłego gościa. Niektórzy czynili znak krzyża, inni ściągali z głów miękkie okrągłe czapki.

– Co ja robię? – rzekł do siebie Michał. – Tu na pewno są Moskale. Zginę albo pójdę w niewolę. Chyba oszalałem na starość.

Pełen najgorszych myśli zaczął odmawiać modlitwę. Kiedy minął ostatnią chatę, jego oczom ukazał się zdumiewający widok. U stóp niewielkiego wzgórza siedziało kilkunastu zbitych w gromadę konfederatów. Na widok Michała poczęli głośno krzyczeć. Okazało się, że pojmano ich podczas wczorajszej bitwy i zakuto w dyby – po dwóch za jedną nogę. Niektórzy nosili ślady pobicia, inni byli poranieni od kul i kozackich szabel. Zostawiono ich w samych koszulach, zabrano wierzchni przyodziewek, broń i buty. Moskale, usłyszawszy konfederackie działa, porzucili jeńców, rejterując za wzgórze i unosząc swoich rannych, których naliczono więcej niż sześćdziesiąt.

Nagle, obok Michała, jak spod ziemi wyrosła postać starca. Pustelnik wyglądał tak samo jak we śnie.

– Mówiłem, że dotrzesz tutaj bez żadnej dla siebie szkody – głos starego człowieka dźwięczał w głuchej ciszy poranka. – Zajmij się towarzyszami, sprowadź pomoc. Wiem, że jesteś śmiertelnie zmęczony wojną i zabijaniem, że ty, człowiek religijny, cierpisz bardziej niż inni.

– Czy Pan ulituje się nad nami?

– Niedaleko stąd, w Strzyżowie jest cudowny obraz Najświętszej Maryi Panny. Tam Bóg sprawdzi waszą wiarę jak onegdaj uczynił to ze sprawiedliwym Hiobem. Bądź cierpliwy i módl się mocno, a ujrzysz wybawienie.

Słowa starca wypełniły się w trójnasób. Konfederaci złożyli wotum na obrazie Pani Strzyżowskiej, zaś w Powietnej, przemianowanej rychło na Pobitno, wznieśli okazały kopiec upamiętniający odnalezienie jeńców. Sam Michał powrócił do domu, ciesząc się dobrym zdrowiem na duszy i ciele. Kiedy w 1772 roku zamilkły konfederackie działa, Michał napisał na drzwiach swojego dworku: BÓG JEST Z NAMI.

Beata Pastusiak z Sieradza (Kamta1)

Nagroda za prozę: Barszczanie u stóp Strzyżowskiej Pani

Barszczanie u stóp Strzyżowskiej Pani

Barszczanie u stóp Strzyżowskiej Pani

Był ciepły, sierpniowy poranek roku pańskiego 1769.  Powiew wiatru niósł ze sobą zapach skoszonych zbóż i mieszał się z letnią wonią pobliskich pól i lasów.

Spośród drzew nieśpiesznie wynurzał się oddział  polskiej konnicy na czele z Kazimierzem Pułaskim, prowadzącym konfederatów w stronę Strzyżowa.

Oddział zatrzymał się nad brzegiem Wisłoka, aby odpocząć i napoić konie. Właśnie rozpoczynał się drugi dzień po przegranej konfederatów w walce z Rosjanami. Obrona rzeszowskiego zamku i bitwa stoczona na wzgórzach wsi Powietna przyniosły spore straty po obu stronach: polskiej i rosyjskiej. Ale to właśnie Rosjanie zajęli rzeszowski zamek i zagrabili z niego cały sprzęt wojenny.

Młody, dwudziestoczteroletni dowódca – Kazimierz Pułaski – z troską spojrzał na swoich żołnierzy. Ich umęczone twarze i poranione ciała ścisnęły mu serce. Wspomnienie wczorajszego dnia przygniotło go jeszcze bardziej.  Tak wielu poległych przyszło im pochować…

– Mam przy sobie ludzi tak odważnych – pomyślał  – tak ojczyźnie oddanych, patriotów prawdziwych o nieskruszonej wierze. Czemuż to taka porażka nas spotkała? Czyż to wina li tylko mnogich wojsk rosyjskich? Przecie widzę, że duch walki w nas ogromny! Złamać nas trudno! Upór i wytrwałość są w nas zaprawdę niespotykane! Ufamy, że o najsłuszniejszą w życiu sprawę walczymy: o Polskę niepodległą i katolicką! Przymiotów w nas wiele… Cóż z tego, skoro to nie wystarcza… Widzę to wyraźnie… Cóż robić? Jak temu radzić?  

Te myśli zaprzątały głowę młodego hrabiego. Pokryta smutkiem, pobladła twarz wyrażała  niepokój o dalsze losy jego kamratów. Niespokojnie poruszał ciemnym wąsem, rozważając, jakiej siły im brak…

Spojrzawszy na swych towarzyszy, zadumał się głęboko. Jego uwagę przykuły sukienne, karmazynowe czapki na głowach powstańców. Zatrzymał wzrok najpierw na krzyżach przypiętych po lewej stronie konfederatek, a później przeniósł go na lśniące w słońcu ryngrafy, zdobiące  rycerskie kontusze. Zapatrzył się na mały wizerunek Matki Bożej. Przymknął oczy, jakby chcąc poszukać czegoś w pamięci. Oczom jego wyobraźni ukazał się znajomy obraz:

– Ach, to ojciec mój i dwóch moich braci – rozpoznał. –  A obok nich i ja. Z szablami w dłoniach, wartkim krokiem do kościoła zmierzamy. Kroki nasze słyszę, jak wśród murów kościoła rozbrzmiewają. Ojciec przed relikwie Św. Bonifacego nas prowadzi i tam w opiekę Panu naszemu oddaje.

I nagle nowe siły i nowa nadzieja wlały się w serce młodego oficera. Teraz już wiedział, co należy robić. Przypomniał mu o tym jego nieżyjący już ojciec, poległy niedawno za ojczyznę. To on powtarzał mu często: Pamiętaj synu! Bez Boga ani do proga!

Zerwał się więc Kazimierz na równe nogi i zawołał:

– Panowie! Przed oblicze Bożej Matki pójść nam trzeba! Pokłonić się! Za ocalone życie podziękować i o opiekę pokornie prosić! Niechaj nam przewodzą Jezus! Maria!

Konfederaci stanęli wyprostowani i odkrzyknęli w odpowiedzi:

– Jezus! Maria!

Ustawieni w zwartym szyku wyruszyli posłusznie za swym dowódcą do pobliskiego kościoła.

Strzyżowianie, usłyszawszy dziwne poruszenie za oknami,  wyszli z domów i spojrzeli zaciekawieni. Konfederackie wojska robiły na nich niemałe wrażenie. Poranieni, ale godnie kroczący mężowie wzbudzali podziw i szacunek.

Na przodzie, z właściwą mu  godnością i powagą kroczył sam Kazimierz Pułaski. Tuż za nim, powoli podążał Franciszek Trzecieski – podkomorzy sanocki, dziedzic Brzeżanki. Po doznanych na „Psiarnisku” ranach jego siły były bardzo wątłe. Zdawało się, jakby życie powoli z niego uchodziło. Mimo to niezłomnie zmierzał do świątyni.

Jeden z konfederatów  ściskał w dłoniach sztandar, opierając go o ramię. Bławat z karmazynowego jedwabiu dumnie powiewał nad jego głową, a wraz z nim łopotał wizerunek Matki Bożej z jednej strony, a Biały Orzeł i Pogoń z drugiej.

Ujrzawszy wreszcie wieżę strzyżowskiego kościoła, konfederaci przyspieszyli kroku. Z radością, ale i w zadumie przekroczyli próg świątyni. Zbliżywszy się do cudownego Obrazu Matki Bożej Niepokalanej Bogarodzicy, padli w milczeniu na kolana. Każdy z nich na swój sposób pokłonił się Strzyżowskiej Pani. Jedni wyjęli szable i unieśli je w górę, ku niebu, inni skłonili nisko swe głowy, oddając pokłon, jeszcze inni złożyli ręce z pietyzmem i wpatrzeni w obraz trwali w modlitwie. Niektórzy przymknęli oczy, by w skupieniu oddawać cześć Niebieskiej Panience. Ale byli i tacy, w piersiach których wezbrał szloch i łzy popłynęły strugami.

Pośród cichej modlitwy nagle dało się słyszeć głębokie westchnienie ulgi, jakby komuś zdjęto z pleców przeogromny ciężar.

– Och, Pani! – głos Franciszka Trzecieskiego rozszedł się wśród modlących – Uleczyłaś mnie właśnie z ran wielu zadanych mi przez Moskali. Jam nie godzien tylu łask! Bogu i Tobie, Matko niech będą dzięki! Teraz i na wieki!

Szum przebiegł przez kościół. Wielkie poruszenie ogarnęło wiernych. Cóż to? Czyżby Maryja wyprosiła kolejny cud?

Oczy zebranych skierowały się na podkomorzego sanockiego, który w zachwycie i uwielbieniu wzniósł ręce ku wizerunkowi Bożej Matki. Stał tak przez chwilę i wpatrywał się z miłością w piękną postać na obrazie. Wierni podążyli za jego wzrokiem. Uczynił to również Kazimierz Pułaski. Wpatrzony w urzekająco skromną twarzyczkę Maryi, wysunął szablę poziomo przed siebie i rzekł donośnie:

– Boże Miłosierny! Tyś, co miłość do rodzinnej, polskiej ziemi wlał w serca nasze. Ciebie Panie, za przyczyną tej oto Matki Bożej, Niepokalanej Bogarodzicy, Pani Strzyżowskiej, prosimy! Umocnił ducha naszego, byśmy  zawsze z wiarą i odwagą w bój o niepodległą ojczyznę podążali. Tobie, Panie  i Twojej Matce oddaję w opiekę tych, na których tutaj patrzysz. Poświęcam nas na bój wieczny z wrogami wolności i wiary! A Tobie, Niepokalanie Poczęta Najświętsza Maryjo Panno ślubuję w imieniu swoim i braci moich, że póki sił w ramionach i tchu w piersiach starczy, walczyć będziem z Moskalami, aby nasza ukochana ojczyzna nigdy wolności nie utraciła!

Słowa dowódcy wybrzmiały donośnie. Po nich zapadła głęboka cisza. Konfederatom zaszkliły się oczy, a ich serca napełniły się otuchą i pokrzepieniem.

Wtem do uszu zebranych dotarł śpiew kapelana Macieja Modliszewskiego:

Panno Święta – my sieroty…

Jego nieśmiały głos połączył się nagle ze śpiewem wszystkich konfederatów i zmienił w potężny dźwięk, od którego zadrżały mury kościoła.

Przychodzimy z wielkim płaczem,

Przed niebieskie twoje wroty,

Czy cię Matko nie zobaczym.

 I wołamy Matko droga,

 Zapłacz ty naszemi łzami,

 Proś za nami Pana Boga,

 Panno zlituj się za nami.

I tak od pamiętnego 15 sierpnia 1769 roku, z hymnem bojowym na ustach i z Matką Bożą w sercach szli barszczanie w niejeden bój, niejedno tracąc życie. Lecz odchodzili stąd bez żalu i bez skarg, niezmordowanie wierząc w życie wieczne ich ukochanej i zawsze niepodległej Polski.

Andrzej Gugała z Tułkowic (WENA-NCJUSZ)

Wyróżnienie za prozę: Apel (jeszcze żywych) Konfederatów Barskich

Apel (jeszcze żywych) Konfederatów Barskich

Apel (jeszcze żywych) Konfederatów Barskich

O Pani nasza!

Przed chwilą biły dzwony, a ich głos to nie zawsze symbol żałoby, łez i cierpienia. Może to zapowiedź zwycięstwa.

Przed Twoim obliczem Matki Boskiej Strzyżowskiej, my Konfederaci Barscy – pytamy Cię:

czy widziałaś tę nierówną bitwę, którą prowadziliśmy ze znienawidzonym najeźdźcą?

czy widziałaś twarze naszych współtowarzyszy broni, którzy umierali za umiłowaną Ojczyznę?

czy słyszałaś ich ostatnie zdanie, ostatnie słowa – wypowiedziane przed śmiercią? Choć ci, którzy ginęli od razu nie zdążyli tego zrobić

czy słyszałaś jęki wielu rannych naszych żołnierzy z pola bitwy?

czy czułaś zapach prochu, zapach śmierci, których pełno wokoło było ciągle wokół nas, gdy rozpętało się to piekło na ziemi?

czy widziałaś czerwień krwi, której mnóstwo przelaliśmy w tej walce?

czy widziałaś ten dziki, nienawistny wzrok naszych wrogów, agresorów i okupantów?

czy słyszałaś szept modlitw, który ciągle nam towarzyszył?

 

O Pani nasza!

Ci, którzy przeżyli, są pełni wdzięczności za ten dar. Dar dalszego życia. Ale i dalszej walki, rzecz jasna. Pełni też jesteśmy nie utulonego smutku i żalu po stracie przyjaciół i kolegów, którzy stracili, a właściwie oddali swe młode życie.

 

O Pani nasza – prosimy Cię:

spraw, by ta ofiara nie była daremna. By wysłuchane były nasze modlitwy, by spełniły się nasze sny i marzenia. Nasza tęsknota by się ziściła; czyli Polska. Ojczyzna. Wolna, niepodległa i sprawiedliwa. Mądrze rządzona. Wolna od zdrady, prywaty i zakłamania. Tolerancyjna.

wspieraj nas duchowo, byśmy chwil zwątpienia w słuszność naszej sprawy nie mieli. Nie wahali się ani chwili i nie bali się ponieść ofiary największej dla dobra naszej umiłowanej Ojczyzny.

Prosimy Cię:

o wiarę, by zawsze nam towarzyszyła

o nadzieję, by nigdy nas nie opuściła

o miłość, by móc umieć kochać, ale też i przebaczać

 

A nadzieja niech umrze ostatnia. I tak niech będzie w naszych sercach.

To ślubujemy. Tak nam dopomóż Bóg!

Krystyna Igras z Pokrówki (jodła)

Wyróżnienie za prozę: Śladami przodków

Śladami przodków

Śladami  przodków

 

Tam, gdzie wspomnienia cisną się w sercu, myśli rozkładają skrzydła i niczym niebiańskie ptaki unoszą się nad paletę ojczystej ziemi, w lustrze historii dostrzegam różne odcienie, tęsknoty, zapachy, odczucia.

Nad zmurszałymi głazami, nad kurhanami przodków, błękitne niebo, Aniołowie upinają obłoki w biało czerwone sztandary, tkają  błękitne falbany do sukni Maryjnej.

Pod niebem orzeł skrzydła rozpina, cieniem kładzie biały sztandar na bruzdy ziemi, dzwonią sznury korali na kalinowych szyjach. Wiatr rozciąga pajęczyny świateł, w winnicach łąkowych tańczą ważki i motyle, gra żabia orkiestra. Dalekie echo gnane wiatrem historii niesie słowa Konfederatów Barskich; ,,Wydrzeć sobie nieprzyjaciołom wiary świętej nie damy”.

Na pobliskich łąkach kłaniają się grzywy traw, srebrzy się piołun w rowie, nad iglicą świątyni oczy otwiera niebo, trzmiel przy spijaniu miodu perłę rosy z kosza koniczyny strąca, trzcina ostrzy lancę na pilniku słońca.

Dziękuję Bogu, że od stu lat, wolności sztandar na niebie łopocze. Lekcje historii brzmią głośno jak rezurekcyjne dzwony – ,,zostawcie ślepych przewodników ślepcom, otwórzcie serce na moc Chrystusową”. Pozwalam świadomości dojrzewać, by mogła być bliżej Boga niż mój oddech.

Zawiązana 250 lat temu w Barze na Podolu konfederacja, była pierwszym powstaniem narodowym,  jej działania partyzanckie miały charakter niepodległości z pod wpływów Rosji. Po przegranej pod Rzeszowem bitwie, konfederaci barscy złożyli ślubowanie i prośbę o wsparcie duchowe w walce o niepodległą ojczyznę przed obrazem Natki Boskiej Strzyżowskiej.

Przy polnej drodze, za wybrzuszeniem wzniesień, stareńki brzezinowy krzyż wrósł w ziemię, bandaże z pajęczyn okręciły na pniu bliznę, na której widnieje ryngraf rycerski scyzorykiem wyryty w drewnie z  wizerunkiem Matki Bożej Strzyżowskiej.

Wachlarz słońca maści złotem spękaną korę, rumianek rosą obmywa twarz Panience, kołderka mchu tuli bose nóżki, promień na igliwiu sosny iskrzy oliwną lampką. W oceanie nieba wraz z chmurami płynie czas narodzin, śmierci, zmartwychwstania. Proszę Boga o nić braterskiej zgody, by zszyć szatę Ojczyzny na piersi rozdartą.

Każdy rozdźwięk w Ojczyźnie, to jazgot wirujących wiatrów, to puste oczodoły pędzących, to fala emocji i pęd by ,,mieć’’, a nie ,,być”.

Człowiek wiary nie płoszy ciszy, nie rani bliźnich, ziemia ojców jest mu najmilszą Mateńką. Ci, co zaznali smaku obczyzny, wiedzą, że najcenniejszym klejnotem jest serce Ojczyzny.

Na szlaku pielgrzymowania przez wszystkie epoki, wiele jest drogowskazów, które służą jako pouczające lekcje.

Na brzegu serca przysiadam, przywołuję refleksję. Wsłuchuję się w cwał wiatrów, pędzą niczym dzikie konie, grzywy nawłoci pod kopytami ścielą się nisko nad ziemią. Na niebie kłębią się czarne chmury, grzmoty rozpętują nawałnicę, miecz pioruna ognistym zygzakiem rzeźbi niebo. Deszcz dudni o darń niczym cwał ułańskich koni. Po burzy cisza lekko stąpa na palcach, przysiada na zielonych poduchach traw, nieśmiałe pręgi promieni słońca gładzą twarz polnym kwiatom. Ptaki na gałęziach drzew rozpoczynają przepiękny koncert. Zioła z kwiatowych flakonów rozlewają wonne olejki. Klamra tęczy barwami spina niebo z ziemią w jedną całość, wszakże w jedności moc. Czystością drgają cząstki powietrza, świeżość bryzy udrażnia oddech płuc. Czas niczym rzeka nieubłagalnie płynie, mijają pokolenia. Każda chwila to klejnot, przeżyć ją jak najpiękniej, to być otwartym na miłość bliźniego.

Gdy człowiek staje się dźwiękiem w Boskiej Orkiestrze idzie drogą miłości, mądrości, pokoju.

Bóg, Honor, Ojczyzna to sztandar dumy. Biało – czerwona flaga to bicie serca prawdziwego Polaka. Jesteśmy dziećmi jednego Ojca.

Najcenniejsze jest to, co się traci, za czym się tęskni. W głębinach trwania szyszkowe zegary sosen kołyszą dni, płynie pamięć pokoleń, kolejne jesienie przebarwiają liście drzew, śniegi zimą otulają pola.

Nie istnieje czas, by żyć później. Wyjątkowy jest każdy dzień w wolnej Ojczyźnie.

Cieszę się brokatami słońca na obrusach kwiecistych łąk i łanami zboża o zapachu chleba, podziwiam różem przeprószone jabłonie w maju, zimą rozkoszuję się ciszą przykucniętą pod nawisem śniegowych czap.

Mija czas, wyłuskuję oczami każdy szczegół piękna, zachwytem maluję duszę. Wsłuchuję się w niesłyszalne, wpatruję się w niewidzialne, w niewyczuwalnym staram się rozumieć język świata. Gdy wtapiam się w płynność przemijania, wiem, że  jedynym władcą wszechświata jest Bóg.

Anieszka Wiśniowska z  Cieszyny (AMBRA)

Nagroda za wiersz: Dziedzictwo

Dziedzictwo

Dziedzictwo

Od kogo dostałam ten czas

Ograniczony, na ziemi

Od kogo dostałam te rany

Z Waszych pochodzę korzeni

 

Niebieski mam kolor oczu

I cerę jasną, po tacie

Pępek jest blizną po matce

Jej oczy widzę w mym bracie

 

Kim byliście pradziadkowie?

Wiem tylko, że cierpieniem

Ciężkim losem niepewnym

Ciągłym mym zagubieniem

 

Dostałam po Was wrażliwość

Ze smutkiem pomieszaną

I tę refleksję nad życiem

I przeszłość, nie poznaną

Anidrzej Gugała z Tułkowic  (WENA-NCJUSZ)

Nagroda za wiersz pt. Kto ja jestem? – Polak w niewoli (wspomnienie z przeszłości)

Kto ja jestem

Kto ja jestem? – Polak w niewoli

(wspomnienie z przeszłości)

 

Kto ja jestem?

Polak w łachmanach

Jaki znak mój?

Orzeł w kajdanach

Gdzie ja mieszkam?

U siebie-jak na wygnaniu

Lecz w swoim kraju?

W zakratowanym mieszkaniu

Co mię tu trzyma?

Żona, nasze dzieci i ojcowizna

Przyznam się co jeszcze…

Miłość, marzenia i Ojczyzna

Stanisława Kucab ze Strzyżowa (Ona)

Wyróżnienie za wiersz pt. W Strzyżowskim Kościele

W Strzyżowskim Kościele

W Strzyżowskim Kościele

  

W obrazie cudownym Panienka stała

i swoich dzieci wypatrywała.

Przyszli strudzeni wojowali wiele

w pełnym rynsztunku stanęli w kościele.

Czapki ściągnęli, szabel dobyli

i tak serdecznie Matkę prosili…

 

Pomóż o Przenajświętsza

by Ojczyzna obowiązkiem była pierwsza

byśmy nienawistnych Moskali

pognali precz

bo wolność Ojczyzny to święta rzecz!

Daj nam Matko odwagę i siły

by plany wodzów naszych się spełniły

Nie odmawiaj nam tej łaski

bo z nami sam Kazimierz Pułaski!

Nie szczędzim Mateczko ni krwi ani grosza

bo to walka o wolność, nie wojna kokosza!

Ślubujemy, że stawać dzielnie będziemy

o błogosławieństwo pokornie prosiemy …

My barscy konfederaci, dorwać Moskala chcemy

nie naszych braci,

którzy przeciw nam się obrócili

i szalą zwycięstwa na złą stroną obrócili!

Zamyśliła się Matka Święta i zapłakała

Synu miej ich wszystkich w opiece

bowiem te skłócone dzieci równo kochała

Inaczej na marne pójdzie

ich krew przelana

Zamiast wolności – krwawiąca rana!

 

Bożena Gwiżdż ze Strzyżowa (osoba2014)

Wyróżnienie za wiersz pt. Obrońcy ojczyzny

Obrońcy ojczyzny

Obrońcy Ojczyzny

 

Konfederatów barskich serca gorące,

Do Ojczyzny miłością pałające.

Nie patrząc na bezpieczeństwo swoje,

Żwawym krokiem idą w boje,

Poprzez wschodnią Polski stronę,

Idą  żołnierze na Rzeszowa obronę.

Niepodległość mają  w głowie,

Nikt im tego nie przepowie.

Żeby z Bogiem się walczyło,

Przysięgę złożyć mu miło.

Do Strzyżowa zajeżdża straż,

Klękają przed Matki Boskiej obraz.

Ślubowanie swoje kładą,

„Wiernie walczyć” – znowu jadą.

Rzeszów straszny się wydaje,

Czterdziestu dwóch ludzi życie oddaje.

Sam Pułaski wcześniej ranny,

Modli się do Marii Panny.

I tak walczy wojsko całe,

Nawet gdy siły małe.

Za Ojczyznę naszą wolną,

Walkę toczą żołnierze mozolną.

Rosja mocno się broniła,

Dużo ziemi nam zgrabiła.

I tak nas trzymała w pieczy,

Aż minęło pięć ćwierćwieczy.

Dopiero Polska wolna się stała,

Gdy dziadków krew się przelała.

Dlatego cenić biel i czerwień trzeba,

I najmniejszy skrawek chleba.

Bo to polskie są symbole,

Tak nas nauczono w szkole.

 

Dodaj komentarz

avatar