Włoskie lata Cypriana Norwida

Szanowni Państwo!

Natknęłam się w Internecie na informację o konkursie, któremu patronuje C. Norwid. Z dużą przyjemnością zapoznałam się z materiałami z poprzednich edycji i z działalnością stowarzyszenia  „Zakorzenieni w kulturze”. Jestem pod wrażeniem pasji i zaangażowania  organizatorów.
Znalazłam w szufladzie esej, który napisałam kilka lat temu po powrocie z Włoch i pomyślałam, że go Państwu prześlę, ale nie przystępując do konkursu (mój tekst nie spełnia zresztą wymogów regulaminowych). Pragnę się jedynie podzielić swoimi uwagami i informacjami zebranymi na temat Norwida. Jeśli ktoś zechciałby przeczytać ten szkic, będzie mi bardzo miło. Nie idzie o ocenę, wyłącznie o lekturę. Przesyłam wyrazy szacunku i pozdrawiam, życząc wytrwałości w propagowaniu kultury w Państwa środowisku.

Maria Gołdyn, Ostrzeszów, woj. wielkopolskie

zdjęcia z archiwum Autorki

 

Włoskie lata Cypriana Norwida

„O czym myślał, chodząc po via Felice, przystając na Schodach Hiszpańskich, patrząc na zatopioną łódź fontanny, przesiadując godzinami w Caffè Greco?”- pyta Wojciech Karpiński w „Pamięci Włoch”, w szkicu poświęconym Mikołajowi Goglowi. To samo pytanie można by postawić, odnosząc je do wielu innych artystów, na przykład N. Poussina lub J. Keatsa, który zmarł w 1821 r. w domu położonym przy Schodach Hiszpańskich, Stendhala, zapisującego w 1927 r., że tej części Rzymu „gnieżdżą się wszyscy cudzoziemcy”, albo – co wiąże się z tematem niniejszego szkicu – z postacią  Cypriana Norwida. Rzym traktowany był od zawsze jako duchowa i kulturalna stolica Europy, toteż nic dziwnego, że ściągały tutaj rzesze poetów i malarzy, zwłaszcza po podróżach  Goethego i Winckelmanna, którzy swoim przykładem zachęcali do artystycznych wędrówek. Przyjeżdżali zatem młodzi adepci sztuk pięknych, chodzili tymi samymi ulicami, oglądali te same budowle, rzeźby i obrazy, spoglądali w to samo niebo i – byli szczęśliwi, nawet jeśli spotykały ich życiowe niepowodzenia i choroby.

Czy Cyprian Norwid był człowiekiem szczęśliwym? Jeśli możemy odpowiedzieć twierdząco na postawione tak śmiało pytanie, to odnosząc je do właśnie do włoskich lat poety.

Do Wiecznego Miasta przybył pierwszy raz z Antonim Zaleskim w 1844 r., później kształcił się kilka miesięcy we Florencji, aby w styczniu 1845 r. powrócić do Rzymu. Podróż odbył drogą morską, do Civitavecchia, skąd jeszcze 8 godzin jechał powozem, mając za towarzysza podróży dziewięć lat od siebie starszego Karola Krasińskiego, który później przy bierzmowaniu był jego ojcem chrzestnym. Karola i jego żonę Amelię Norwid często widywał, bo choć pracował sporo (Gdy wstanę o siódmej(…), do ósmej piszę albo czytam, a potem schodzę do studium i tak zostaję aż do czwartej, bywa że do piątej), nie zaniedbywał życia towarzyskiego. Zamieszkał przy via Quattro Fontane 17, a przy następnej bytności w Rzymie w mieszkaniu obok wspomnianego studium, „malenieczkiego, lecz dobrego”, przy via Felice (później via Sistina).

*

Rozłóżmy plan Rzymu- może być najzwyklejsza turystyczna mapa, na której zaznaczono najważniejsze zabytki. Po prawej stronie Tybru znajduje się Kwirynał. Jedną z najważniejszych ulic w tej dzielnicy, jeśli spogląda się od bazyliki Santa Maria Maggiore, jest via Quatro Fontane. Przesuwając się nią na zachód, mijamy skrzyżowanie z via del Quirinale, na którym z daleka widać kościół św. Andrzeja, bliski Polakom ze względu na postać św. Stanisława Kostki. Gdy dojdziemy już na Piazza Barberini, zatrzymamy się na chwilę przy Fontannie  di Trevi, a później, po przeciwnej stronie placu, wejdziemy w ulicę prowadzącą do Schodów Hiszpańskich. To jest właśnie via Sistina. Na kamienicy z numerem 123, na wysokości pierwszego piętra, umieszczono w latach siedemdziesiątych skromną tablicę: „Cyprian Norwid, poeta, artysta, myśliciel i Polak, w latach 1847- 48 mieszkał w tym domu, rozmyślając nad ideałami Ojczyzny, Rzymu i Sztuki.”

Idąc dalej, docieramy do kościoła Trinita dei Monti, Przenajświętszej Trójcy, górującego nad słynnymi Scalinata.

Szerokie schody– czytamy w noweli  „Ad leones”-we dwa skrzydła rozwierające się i podrywające na Monte Pincio, jak gdyby z bruku ogromny jaki bajeczny ptak chciał wzlecieć i oczekuje tylko, aż się na piórach jego ludzie ugrupują. Plac ten i schody, stanowiąc forum modelów, to odpoczywających, to oczekujących na zajęcie, wystarcza zbliżyć się do tych grup skulpturalnych, malarskich i dowcipnych, ażeby o każdego artysty doraźnym zatrudnieniu wszystko usłyszeć.

Późnorenesansowy kościół w przewodnikach nie jest przedstawiany dokładnie; najczęściej dodaje się fotografię, na której jego charakterystyczna bryła, przecięta wpół przez wysoki obelisk, wieńczy spływające kaskadą stopnie, wiosną i latem ozdobione azaliami. Tymczasem jest to bardzo interesująca świątynia, należąca do Francji, pozostająca pod opieką sióstr Sacré Coeur. W XIX wieku gromadziła się tu Polonia. Z kościołem i klasztorem związani byli bracia zmartwychwstańcy, zwłaszcza ks. A. Jełowicki i ks. H. Kajsiewicz. Ponieważ mieszkanie Norwida znajdowało się nieopodal, artysta często przychodził do Trinita dei Monti i jako praktykujący katolik modlił się i przystępował do sakramentów.

W tym samym mniej więcej czasie młoda francuska malarka, która wybrała się do Rzymu dla udoskonalenia warsztatu artystycznego, postanowiła wstąpić do zgromadzenia sióstr sercanek. Paulinie Perdran bliska była twórczość nazareńczyków- malowała w stylu Overbecka, którego Norwid znał osobiście  i cenił za wpływ, jaki roztaczał on na młodych. Postulantka zobaczyła kiedyś porzuconą przez furtiankę robótkę ręczną i książkę. Oczyma wyobraźni ujrzała Matkę Boską zajętą przędzeniem wełny. Namalowała w 1844 r. obraz, na którym Maryja ma białą chustę i czerwoną suknię, co na Polakach, zwłaszcza na Norwidzie, zrobiło piorunujące wrażenie.

Oto siedzi królowa w kolorach narodu- po lewej stronie kądziel, M a r t a. Po prawej stronie te lilie, które

 n i e  p r z ę d ą, ale piękniejsze są od Salomona w chwale swojej, M a r i a.

A Królowa- Korony- Polskiej przędzie nić czynnego życia Marty w stronę Marii…

I doprzędła już do połowy…

I zadumała się…

I nachyliły się lilie pączkami swymi ku lewej stronie, ku kądzieli…

I zadumały się tak, jak sama P r z ą d k a, i są w pełności rozwinięcia.

I obrócona jest książka, jakoby czytania period nastąpił…

W tej „Legendzie” C. Norwid tłumaczy religijny sens dzieła. W innym miejscu dopowiada jeszcze, że Maryja przędzie wiele z barankowej wełny, to znaczy prowadzi swój naród do Chrystusa.

Fresk Pauliny Perdran znajduje się w bocznej kaplicy. Podobno nie do końca spodobał się przełożonej, więc kazała go zakryć. Ponoć kiedy do klasztoru przybył Ojciec św. Pius IX, miał  rozsunąć zasłonkę i wykrzyknąć:

„O Matko Przedziwna!” Tym zawołaniem zatytułowany został poświęcony przez niego obraz. Dziś dookoła Matki Boskiej Przedziwnej można zobaczyć wiele wotywnych srebrnych serc, które świadczą o odebranych łaskach. Pierwszy cud miał miejsce wkrótce po powstaniu obrazu i do dzisiaj można spotkać relacje osób, które, modląc się w tym miejscu, odzyskały siły fizyczne i duchowe. W 2001 roku odbyły się w Rzymie wielkie uroczystości zorganizowane przez Instytut Kultury Polskiej. Do kościoła Trinita dei Monti przybyło wielu ważnych gości, z których najważniejszy- Jan Paweł II- poświęcił tablicę pamiątkową:

Na progu trzeciego tysiąclecia i w 180 rocznicę urodzin Cypriana Norwida, który swą poezją sławił Mater Admirabilis- Rodacy.

Papież Polak, wychowany na tradycji romantyków, tak m.  in. mówił:

Cyprian Norwid pozostawił dzieło, z którego emanuje światło pozwalające wejść głębiej w prawdę naszego bycia człowiekiem, chrześcijaninem, Polakiem. (…) Modlitwa kształciła wzrok poety, tak że odgadywał on sprawy Boże pod powłoką spraw ziemskich.

*

Szczerze ci wyznam, że zbyt dobrze urządziłem się tutaj i dlatego na  myśl mi przychodzi, czy potrwać może ta wygoda- jest to właściwe mi uczucie w każdym zadowoleniu- pisał artysta do „poczciwego Antosia” Zaleskiego. Doświadczany boleśnie od dzieciństwa i wczesnej młodości (choć też windowany wysoko jako artysta, od czego mogło się zakręcić w głowie), we Włoszech przyjmował kolejne ciosy. Narzeczona zerwała zaręczyny, a on jej imię przyjął jako własne podczas bierzmowania; Maria Kalergis zgadzała się na jego hołdy i zaraz kierowała uwagę w stronę innych adoratorów, a on, znając jej charakter, długo nie mógł oswobodzić się z uczucia, które nazywał „nałogiem”. Widocznie rozdrapywanie ran odpowiadało jego stosunkowi do siebie, do ludzi i do sztuki. Wydaje się, że poemat „Szczesna” jest wyrazem autoironii w tym zakresie.

Zaufanie do losu dość skutecznie podkopało uwięzienie poety w Berlinie w 1846 r. Przesłuchiwany i kaptowany do tajnej carskiej służby, nie ugiął się i próbował przedostać się potajemnie do Królestwa (paszport pożyczył, kierowany współczuciem, pewnemu dezerterowi), za co musiał kilka tygodni cierpieć- nawet jakiś czas w karcerze- co w sposób nieodwracalny uszkodziło słuch, a może dało początek późniejszej gruźlicy.

W ogóle zdrowie Norwida w tych latach nie było zbyt dobre: musiał odchorować każdą zmianę klimatu; w 1845 cierpiał na febrę, a  kilka lat później na nerwowe konwulsje, spazmy. Mimo wszystko miał dopiero dwadzieścia kilka lat i jeśli pisał do Jana Skrzyneckiego: Stary jestem aż wstyd i gorzko mi na świecie- to musiał mieć raczej na myśli poważne traktowanie życia, a nie wiek wg kalendarza.

Pozwalał sobie przecież na rozrywki i przyjemności, na owo dolce far niente, utrwalone w znanym autoportrecie, na wycieczkę morską  wzdłuż włoskiego wybrzeża. Poza Rzymem, Florencją i Wenecją, był jeszcze w Weronie, Sienie, Perugii, w Pompejach i Herkulanum, na Capri i w Sorento… Cieszyły go kąpiele i jazda konna po górach w Bagna di Lucca, gdzie napisał poemat „Wesele”. Kto wie, może sam sobie dawał w nim przestrogę:

– Biada duchom i takiej społeczności biada,

Gdzie człowiek karci uśmiech i za grób odkłada (…)

– Jakbyśmy już jak najjaśniej znali co  w e s o ł e

A co  b o l e s n e…biedne my, anioły chore.

Źródłem radości było nade wszystko samo przebywanie w Wiecznym Mieście, kontakt z pięknem i codzienne zajęcia artystyczne. Samotność, której potrzebuję tak jak powietrza i napoju, daje obszerne miejsce sztuce, a sztuka tak jest nieskończoną! Ciągle można się uczyć-zwierzał się we wspomnianym już liście do Jana Skrzyneckiego.

 *

Samotnikiem jednak Norwid nie był, choć niekiedy wolał się z ludźmi nie kontaktować. Nie pisałem, bo nie pisałem– kwitował np. długie milczenie. Skłonny do współczucia, gotów był na poświęcenia:

Zasmuciła mnie bardzo wiadomość o Adamie [Potockim]; gdyby można i gdyby więcej było warte zdrowie moje, chętnie bym mu je oddał- wyznawał w liście do Marii Trębickiej. Gotowość ofiary tym bardziej zdumiewa, że Potocki był jakiś czas faworyzowany przez Marię Kalergis; mówiono nawet o jej możliwym rozwodzie i małżeństwie z arystokratą.

Znajomych przyjmował Norwid przy via Felice  w soboty- na herbatki literackie przychodzili artyści, a więc zapewne: Nowotny, Szlegel, Kolberg, brat etnografa, Zieliński… Kiedy zawitał tam Krasiński, zachwycił się:

Drzwi się otwarły. Szeroka jakby pracownia. Lampa zasłonięta, gdyby iskra konająca jedna pośród ciemności. Kilka ram. Płótno jedno wielkie (…) Choroba, nędza, a wszystko w tęczy. Uprzejmość, grzeczność i wdzięk, meble nie demokratyczne, woń jakaś arystokratyczna. Z godzinem siedział.

Zmienne koleje przyjaźni z Krasińskim, uwielbienie dla Słowackiego, krytycyzm w stosunku do Mickiewicza miały źródło w nieobłudnej empatii. Jeśli Norwid znalazł w sobie dość siły, aby publicznie sprzeciwić się twórcy Legionu, to dlatego, że przestraszył się stanem jego ducha, nieobliczalnymi skutkami pomysłów wypływających z mętnego mistycyzmu towiańczyków. On sam bronił zawsze czystości wiary i podczas rozruchów w 1848 r. stanął w obronie Piusa IX.

*

Do Rzymu przyjechała Makryna Mieczysławska, oszustka podająca się za bazyliankę, która wiele wycierpiała od władz carskich. Natchniona i sprytna, znalazła wśród Polaków wielu protektorów i sympatyków. W tej liczbie znalazł się też Norwid, któremu chyba trochę matkowała, a on przyjmował te gesty przyjaźni z wdzięcznością, bo wychowywany przez prababkę Hilarię Sobieską, nie zaznał tak naprawdę matczynej miłości.

*

O wpływie lat spędzonych w Italii na styl poety pisze przenikliwie J.W. Gomulicki, wskazując na wpływ poetów włoskich, z Dantem i Michałem Aniołem na czele. Wydawca i komentator dzieł artysty widzi też związek między codziennym obcowaniem z dziełami sztuki, których cechą jest piękno szczegółu, niekompletność, a teorią przemilczeń.

Podobno jeden z przyjaciół namawiał Norwida do wyjazdu z Rzymu, bo tutaj za dużo jest estetycznych wrażeń, które mogą krępować wyobraźnię. Czy miał rację? Artysta pisał i malował z pasją i zaangażowaniem. Napisał mi.in. „Wandę”, „Jeszcze słowo”, „Pieśń społeczną” i kilka innych utworów- prawda, że w Paryżu powstało ich więcej, ale przecież czas pobytu na włoskiej ziemi był krótki! To zaś, co w nim pozostało, stanowiło rezerwuar, z którego czerpał aż do śmierci.

*

O czym ( i o kim) myślał, chodząc po ulicy Szczęśliwej, w zarysie już wiemy. Na Schodach Hiszpańskich spotykał może- na jawie lub w imaginacji- rudowłosego rzeźbiarza w czarnych aksamitach z piękną kirgiską charcicą, może pięćset metrów dalej, w drzwiach do kawiarni  El Greco witał się z Redaktorem, opowiadającym mu o bogatym kolekcjonerze nazwiskiem Midlebank…

Potem pisał wiersze, w których siłą rzeczy musiały się pojawić posągi,  „perystylu wybłąk z kolumnami”, „słońca blask przez liście lauru”, cyprysy, „słoneczność, co razi oczy” i „Colloseum (młodych gniazda lisów)”…

*

Cyprian Norwid zamieszkał w zakładzie św. Kazimierza, bo w porę nie uzyskał funduszy, które umożliwiłyby mu wyjazd. Czuł, że to dla niego jedyny ratunek, ponieważ przeprowadzka do domu opieki dla weteranów oznaczała powolne konanie wśród obojętnych lub wrogo nastawionych ludzi. Aby zrealizować marzenie, napisał  w 1883 r. najlepsze swoje nowele: „Ad leones”,”Stygmat”, „Tajemnicę lorda Singelworth”. Niestety, nie udało się ich wydać, a przyjaciele, których stać było na udzielenie kolejnej pożyczki, zawiedli. W tych dniach,  gdy „koniec życia szeptał do początku: nie stargam cię – nie- ja u- wydatnię”, lata spędzone na Południu, choć też niewesołe, przypominały mu się zapewne jako czas nadziei, przyjaźni, zachwytu.

J.W. Goethe napisał: Kto dobrze poznał Włochy, a zwłaszcza Rzym, ten już nigdy nie będzie całkiem nieszczęśliwy.

Możemy ufać, że Cyprian Norwid- mimo tego, co wiemy z różnych źródeł- nie rozpaczał, choć się smucił                  i płakał na swoim ubogim posłaniu. Czuł się opuszczony, lecz to wcale nie musiało oznaczać klęski.

Gdy świat dźwięków oddalał się coraz bardziej, może odtwarzał w pamięci melodyjny rytm wiersza „Italiam! Italiam!”?

Pod latyńskich żagli cieniem,

Myśli moja, płyń z aniołem,

Płyń, jak kiedyś ja płynąłem:

Za wspomnieniem- płyń spomnieniem…

Pociecha wysnuta z przelotnych wrażeń byłaby jednak zbyt ułudna. Trzeba raczej wierzyć, że dla poety „krzyż stał się bramą”. A jeśli już Rzym w tych myślach powracał, to może były tam Schody Hiszpańskie i kościół Przenajświętszej Trójcy z obrazem Mater Admirabilis? To oczywiście nasze domysły, ale jeśli dzielimy z artystą wiarę w orędownictwo Maryi, nie wdzierajmy się już w jego tajemnice. Lepiej pomódlmy się, odmawiając „Litanię …” poety, a zwłaszcza wypowiadając te słowa:

Zegar bez godzin, co do serca bije,

Jakoby nucąc: Nie jesteście sami,

Czym ja bez nie ja?…O Święta Maryjo,

Módl się za nami!

(…)

Jako naczynie łaski jaśniejąca,

I teraz, wszego przyczyna odnowu,

Ilekroć w siebie się zapatrzym sami-

Wciąż wyglądana na sierpie miesiąca

Ku zagładzeniu pierworodnej zmazy-

Prze-dziwna Matko, Przedziwna trzy razy,

Módl się za nami…

5 1 vote
Article Rating
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments